O piwie, co się koncernom nie kłania

O piwie, co się koncernom nie kłania

masz do nas pytanie?


O piwie, co się koncernom nie kłania

Lato coraz bliżej, browary gromadzą w magazynach zapasy, bo lato to dla nich prawdziwe żniwa. Ale ten rok może być dla dużych, przemysłowych browarów bardzo trudny. I to nie z powodu kiepskiej pogody.

Przez 2 lata pracowałam w nieistniejących od kilku lat Browarach Dolnośląskich Piast. Miałam okazję uczestniczyć w wielu ciekawych, lokalnych projektach, angażujących mieszkańców miast i miasteczek w ciekawe wydarzenia organizowane przez browar. Po wchłonięciu spółki przez koncern Carlsberg, zostały zlikwidowane wszystkie browary rozsiane po całym Dolnym Śląsku. Zamknięto też istniejący od ponad 100 lat wrocławski Browar Piastowski. Ostatni browar, jaki ostał się w mieście, które od średniowiecza piwem stało.

Niestety kapitalizm rozłożył na łopatki małe browary produkujące piwo tradycyjnymi metodami, pozwalające mu na długie leżakowanie i nabieranie odpowiednich walorów smakowych. Małe browary nie miały szans ze światowymi molochami, które najgorszej jakości produkt piwopodobny są w stanie opakować w atrakcyjną markę i sprzedać w ilości oszałamiającej. Wszystkie działające w Polsce browary prowadzone przez koncerny piwne podzieliły lata temu rynek, liczyły na koniec każdego sezonu zwiększające się przychody i zyski. Od czasu do czasu na rynku pojawiała się nowa marka piwa wprowadzona przez jeden z koncernów, ale to było wciąż to samo kiepskiej jakości piwo. Ale życie potrafi w zaskakujący sposób pokrzyżować plany największych, wprawiając ich w osłupienie.

Dwa lata temu zaczęły powstawać w Polsce maleńkie browary rzemieślnicze. Prowadzone przez pasjonatów, ludzi, dla których proces warzenia piwa jest świętem. Wiele z tych browarów ma swoje korzenie w browarach domowych. A budżety na start były zazwyczaj niewielkie. Koncerny piwne przyglądały się temu z obojętnością, co najwyżej leniwym zaciekawieniem, czekając na to, aż maleńkie browary wykrwawią się same w starciu z kolosami. Bo któż przy zdrowych zmysłach chciałby wydać w sklepie 8 zł za butelkę piwa z jakiejś Chrząstawy (gdzie to w ogóle jest?), zamiast max. 3 zł za pięknie opakowaną butelkę znanego Tyskiego czy innego Żywca?

I tu następuje długa pauza…

Okazuje się bowiem, że właściciele browarów rzemieślniczych od samego początku mają swój biznes głęboko przemyślany. Każdy z nich z wielką dbałością o szczegóły wszedł na rynek jako nowa marka stawiająca na jakość. I tak się komunikuje z klientami. Cena jest w tym przypadku potwierdzeniem tego, że kupujesz coś naprawdę wyjątkowego. Nie tylko pół litra wyśmienitego trunku, w pakiecie dostajesz legendę o miejscu i ludziach, którzy to piwo dla Ciebie warzą. I nagle okazało się, że takich browarów powstaje coraz więcej, produkują i sprzedają coraz więcej piwa, odbierając bezczelnie, bez wielomilionowych nakładów na marketing, kolejne kawałeczki tortu należącego do niedawna niemal wyłącznie do koncernów. Te oczywiście próbują bronić swojej pozycji. Żywiec od 2 lat wprowadza na rynek nowe gatunki piwa, próbując wmówić klientom, że to taki sam znakomity trunek, jak ten z maleńkich browarów. Ale nie wszyscy już w to wierzą.

Ten proces jest wynikiem coraz większej świadomości ludzi, którym nie jest już obojętne co jedzą i piją. To ludzie, którzy robią zakupy w małych, osiedlowych sklepikach, gdzie wędlina pachnie wędzarnią, a nie chemią, albo na targach z ogromnym wyborem świeżych produktów prosto ze wsi. Co z tego, że nieco droższych niż w hipermarkecie? Ludzie mają dość sterowania. Chcą sami decydować o swoim życiu. Angażują się w projekty obywatelskie, poświęcają swój wolny czas, energię, żeby poprawić swoje otoczenie. Nastąpiło przebudzenie. Widać je w wielu przestrzeniach.

Jak to wpłynie na kondycję wielkich koncernów? Jak długo będą się bronić przed zmianami gustów i oczekiwań klientów? Czy uda się im dzięki wielomilionowym budżetom obronić pozycję dominatorów na rynku? Czy podążą za trendami rynkowymi i zaczną produkować prawdziwe piwo, a nie płyn, którym z piwem ma niestety niewiele wspólnego? Trzymam kciuki za browary rzemieślnicze. Bo ich rozwój oznacza jakość. Ale też najprzyjemniejsze z możliwych doznania estetyczne. Ich marketing to głęboko przemyślane działania, budujące bliskie relacje z klientami. Oferujące wraz z butelką piwa cenną wartość dodaną. I nie jest to bynajmniej zdrapka.